środa, 11 grudnia 2013

Bavika

Dziękujemy za liczne przybycie na nasze stoisko w miniony weekend podczas Festiwalu Sztuki i Przedmiotów Artystycznych :) Byłyśmy tam po raz pierwszy jako wystawcy (wystawczynie :) i myślę, że każdy, kto tam się znajdzie jednemu zaprzeczyć nie może - ludzka kreatywność nie zna granic ;) Tym bardziej cieszymy się, że mogłyśmy zaprezentować tam owoce naszej pracy i wystawić się pośród wielu znakomitych twórców (i przy okazji poznać wielu z Was osobiście :).
Nie było jeszcze okazji, żeby podziękować wszystkim tym, którzy głosowali na nas w konkursie, o którym pisałam w poprzednim poście :) Tak więc serdecznie dziękujemy, Wasze głosy pomogły nam się tam znaleźć:).
Więcej szczegółów na temat naszego udziału w targach i tego, czym właściwie jest Bavika możecie dowiedzieć się zaglądając na nasze konto na facebooku ( https://www.facebook.com/bavikabavika).
Pracujemy nad stroną internetową i blogiem, tak więc zainteresowanych zapraszam do śledzenia naszego profilu fb, gdzie wkrótce pewnie pojawi się więcej informacji :)
Serdecznie pozdrawiamy :)

środa, 28 marca 2012

Kuchenne iluminacje, czyli mała psychoterapia łyżką, mąką i zamieszaniem..

Odkąd przeprowadziliśmy się stale mam wrażenie, że gdy tylko otwieram rano oczy, dzień zaczyna pożerać   w zastraszającym tempie swój własny ogon, głowa moja kręci się dookoła własnej osi, słońce wstaje i  zachodzi ledwie przywitawszy się ze mną... Jak dojść do ładu, jak dojść do składu, pytam sama siebie w zadyszce, lecz w głowie tylko wielka czarna dziura...Na szczęście jest ratunek! Instynkt bowiem wie, co ma robić i prowadzi mnie niczym dziecko za rękę nigdzie indziej, jak tylko do... kuchni :-)
No bo gdzież się tak kobieta uspokoi, jak nie przy garach? Ręce zajęte, to i głowa nie  żywi się niepotrzebną produkcją czarnych scenariuszy tudzież szczegółowym przetrawianiem dnia minionego.... Ach, krojenie, mieszanie, podsypywanie mąką, podglądanie cichego życia piekarnika... I to nic, to nic, że coś, co na początku jawiło mi się kulinarną ceremonią, uporządkowanym dążeniem do zachwyconych spojrzeń rodziny wkrótce zmienia się w bombę wrzuconą do kuchni (po części zmajstrowaną przez Małe Sprytne Rączki). To nic, nie poddaję się, brnę w to dalej! A że później nie można znaleźć ani jednej łyżeczki, a zlew w kuchni... no właśnie, chyba został zdetonowany, któż by się tym przejmował? Grunt, że to co było przedmiotem zamętu, pozwala na chwilę zapomnieć o wszelkich czarnych chmurach,  cieszy małe i duże rączki i.. podniebienia :)
Tym razem przyczyną zamieszania były domowe pralinki, które zrobiłyśmy z tego cudownego przepisu, a zapis dzisiejszy jest jeszcze wspomnieniem naszego zmagania się z.. zimą :) Nie mniej jednak wciąż polecamy te małe kulinarne precjoza jako prezent dla kogoś bliskiego, a także jako czynność rękodzielniczą samą w sobie i później oczywiście obiekt rodzinnych sporów o to, komu się trafi ostatnia:)
    A tymczasem, Moi Drodzy Czytelnicy (jeśli jesteście tu jeszcze..), już chyba nawet nie muszę ogłaszać zawieszenia bloga, blog sam się zawiesił...Nie chciałabym się jeszcze żegnać tak oficjalnie, ale niestety, czas nadal bezczelnie pożera swój ogon, i to na naszych oczach, my staramy się jednak chwytać wiosnę i podziwiać niebo na nowo otwarte dla swobodnych ptasich lotów, magazynujemy słońce, a ja po cichutku także.. wzorzyste tkaniny.. z nadzieją, że nawiąże się między nimi nić porozumienia...
A jutro... zdmuchuję kolejną świeczkę na swoim torcie, co prawda raczej wyimaginowanym, ale grunt że tort i że świeczka. Zosia pyta mnie dziś "Czy szczęście mieszka pod pachą?", zaśmiewam się, o mało nie spadłszy z taboretu i mówię do męża: nie kupuj mi nic na urodziny...:-)

sobota, 14 stycznia 2012

Home, sweet home...

Na wstępie mały komunikat:

Wszystkich naszych znajomych, którzy z niewyjaśnionych bliżej przyczyn nie mieli z nami żadnego kontaktu od mniej więcej dwóch miesięcy informujemy, żeby chcąc nas odwiedzić nie zajeżdżali już do miasta położonego malowniczo przy krajowej jedenastce w kierunku morza, gdyż już tam nie mieszkamy.

Spakowaliśmy się w średniej wielkości ciężarówkę, a zapakowana była po sam sufit, pożegnaliśmy nostalgicznie nasze dotychczasowe miejsce zamieszkania, którego sercem chmurne jezioro i w przeciągu jednego dnia byliśmy już tu.
A "tu" to dla nas aktualnie niewielkie miasto przyczajone, nasłuchujące oddechu miasta większego, zwanego szumnie (i chyba nie bezzasadnie) centrum Wielkopolski.
I jak by to ująć, jesteśmy gdzieś pomiędzy, siła przyzwyczajenia jest jak grawitacja...
Kroki stawiane na nowym gruncie pozwalają jednak spojrzeć z innej perspektywy na kroki dotychczas wykonane..
I to by było na tyle, jeśli chodzi o nasze milczenie.
Blog przymiera, co nie odzwierciedla niestety moich twórczych pokładów. Maszyna nadal radośnie turkocze w naszych czterech kątach, głowa generuje nowe modele zabawek, jak jednak wepchnąć hobby pomiędzy: a)prowadzenie domu b) ogarnianie dziecka c) pół dnia w pracy* ? Jakieś pomysły? Będę wdzięczna ;)
*kolejność przypadkowa;-)

A na zakończenie tego niestety niezbyt wylewnego posta pozdrawiam Was wraz z królikiem tym :-) Trzymajcie się ciepło, bo ponoć mrozy idą i nie będzie już żartów. Nawet opon zimowych ma nie wystarczyć ;-)

I jako że nie meldowałam się tu ostatnio wcale, życzę Wam, aby  ten Nowy Rok przyniósł Wam to, co dobre i upragnione :-)
Dziękuję Wam także za odwiedziny na tym blogu mimo mojego milczenia. Chciałabym pisać więcej (a co się  z tym wiąże, szyć), niestety w najbliższym czasie nie zapowiadają się żadne nadwyżki wolnego czasu. Mam jednak nadzieję, że będę miała jeszcze jakieś sensowne powody, żeby coś tu zaprezentować ;)

środa, 7 września 2011

Miała być torba...

.... i jest, z tym że nie ta, o której była mowa w poprzednim poście. Z potrzeby chwili (chyli z potrzeby taszczenia ze sobą różnego rodzaju przedmiotów od plastikowych grabek Zosi po kilka sztuk pomidorów zakupionych na rynku) powstała dość spora torba z dużą ilością kieszonek, a ta pierwsza zaczęta poszła póki co w odstawkę...
Nad tą, którą dziś pokazuję, siedziałam 5 wieczorów i, o dziwo, bez większych problemów z maszyną udało mi się ją skończyć. Materiał znalazłam z sh, od razu jakoś tak morsko mi się skojarzył...Miała to być więc torba na lato, na spacery do miasta tudzież wypady nad jezioro, ale pomysł udało się zrealizować dopiero pod koniec wakacji... Jednak jakby nie patrzeć to mamy przed sobą jeszcze całeee 2 tygodnie tej pięknej pory roku ;).
Tak torba prezentuje się z przodu i z tyłu:
A tu opatentowana przeze mnie przezroczysta kieszeń ;) Nie znoszę, jak nie mogę nic znaleźć w torbie, a duża ilość kieszonek, choć niby praktyczna, jeszcze bardziej komplikuje to zadanie. Pomyślałam więc, że z przodu kieszonki wszyję kawałek folii (dość grubej i odpornej na przetarcia). Zaletą tego rozwiązania jest to, że nie trzeba przeszukiwać kieszonek, wszystko widać jak na dłoni ;)
Druga kieszonka już bardziej tradycyjna - w ramach nauki wszywania zamka zrobiłam 3 kieszonki zamykane w ten sposób. Zamek wszywałam po raz pierwszy i muszę przyznać, że jak wszystko w szyciu w teorii wydaje się bardzo trudne, w praktyce już nie jest takie straszne;) Obok kieszonki oczywiście obowiązkowy karabińczyk  na klucze na długim pasku, tak aby można było otworzyć drzwi bez wypinania kluczy i bez mozolnego szukania ich w przestworzach torby :)
I na koniec torba na tle mnie i pięknej jarzębiny :) Czy Wy też nie możecie uwierzyć, że tegoroczne lato  to już prawie przeszłość?
Reasumując muszę przyznać, że szycie toreb wydawało mi się o wiele bardziej trudne... A może to kwestia tego, że szyję już prawie dwa lata, tak więc trochę wprawy przekłada się na szybsze i sprawniejsze pokonywanie kolejnych etapów szycia... A tak poza tym to wspaniały kurs obrazkowy na wszywanie kieszonek, podszewki i innych mniej lub bardziej skomplikowanych wnętrzności torby znajdziecie tu:
zakładka: jak uszyć torebkę
Polecam bardzo osobom uczącym się szyć, nie tylko torebki.

I mimo tego, iż cieszę się z tego, że udało mi się przejść kolejny "etap wtajemniczenia" w szyciu, to jest mi jednocześnie bardzo smutno i mam poczucie poniekąd infantylności tego posta...
Dowiedziałam się bowiem, że autorka powyższego bloga, czyli Pani Małgosia, która szyła z tak wielką pasją i dzieliła się swoją wiedzą z blogerami, niestety przegrała walkę z białaczką....Właściwie to nie wiem co napisać, bo wszystko wydaje mi się takie nie na miejscu...Może to niewiele (choć ja akurat uważam, że bardzo dużo), ale myślę, że zostawiła Pani po sobie coś pięknego, czyli ślad swojej pasji, dzięki któremu dziś inni mogą rozwijać swoje umiejętności. Jestem za to bardzo wdzięczna!