wtorek, 1 czerwca 2010

Dzień dziecka i lizaki :-)

Od czasu, kiedy nasze dziecko zasmakowało, co to znaczy słodycz łakoci i zaczęło wyrażać swoje żądania i potrzeby mniej lub bardziej po swojemu, jednym ze zdań, które najczęściej powtarza jest: "Jaka! Jaka Josi daj!"(czyli "Lizaka! Lizaka Zosi daj!"). Wydaje mi się, że ze wszystkich słodyczy najbardziej upodobała sobie lizaki, nawet czasem w nocy jak się przebudzi mówi jakby przez sen "jaka, jaka...".Ostatnio także, chodząc ze mną na zakupy, dotarło chyba do niej, na czym polega "magia pieniądza" i do jej stałego słownego repertuaru dołączyło zdanie "Jaka kupimy!!!". Wczoraj, kiedy znowu to powtórzyła, spojrzałam jej poważnie w oczy i powiedziałam:
"O nie, dziecko, nie kupimy! My te lizaki zrobimy!!!":-) Zosia spojrzała na mnie lekko zdziwiona, po chwili powtarzała już jednak bez przerwy " Jaka jobimy!!!", nie wiedząc oczywiście jeszcze, o co mi chodzi ;).
A ja przypomniałam sobie, że w pewnej książce kucharskiej, którą mam w domu, widziałam kiedyś przepis na lizaki :-) Jest to prosty przepis na karmel (1 szkl. cukru + sok z połowy cytryny + ok pół łyżeczki wody - wszystko podgrzewamy w rondlu, aż zacznie wrzeć, wtedy zmniejszamy ogień i gotujemy na wolnym ogniu, aż masa zgęstnieje i nabierze bursztynowego odcienia - należy uważać, aby nie przypalić. Z tak przygotowanego karmelu robimy plamy na pergaminie i zanurzamy w nich patyki. Gdy zastygnie, mamy gotowe lizaki :-)*.
Słyszałam już kiedyś, że przepisy Marty Gessler są czasem nieprecyzyjne, powodowana jednak ciekawością kulinarną postanowiłam spróbować:) Wszystko szło ładnie do momentu wylania karmelu na papier (w międzyczasie Zosia poroznosiła po całym domu patyki i wylała resztki soku cytrynowego na podłogę w kuchni ;), nawet odklejanie lizaków z papieru po ok. 2 godzinach stygnięcia poszło bez zarzutu... I o ile lizaki w smaku bardzo przypominały dawne "szklane" wielkie lizaki serca, to w konsystencji już nie ;) Owszem, trzymały się na patyku, ale w trakcie jedzenia ciągnęły się za nimi tysiące małych karmelowych niteczek, które chętnie przyklejały się nie tylko do Zosi buzi, ale także do mebli, podłogi itd. Zosia była jednak zachwycona taką ilością lizaków w domu, dziś chciała je nawet jeść na śniadanie :-) Ale co tam! W końcu dzień dziecka jest tylko raz w roku :-)))
Jeszcze przed przystąpieniem do pracy - na zdjęciach w książkach kucharskich wszystko wygląda tak zachęcająco :)

Zosia wyciska cytrynę:

Gotowe "dzieła":

A na okazję taką, że Zosia pcha się już do garów ;) i jej wszędobylskie rączki jak sama nazwa wskazuje, są wszędzie, uszyłam jej fartuszek z trochę przewrotnym hasłem :-)**

A tu już zadowolona Zosia z lizakiem, jeszcze przed obklejeniem nim mebli :-)

* Przepis pochodzi z książki Marty Gessler "Kuchnia Marty. Kolory smaków", wyd, Publicat.
**hasło w połączeniu z ilustracją przedstawiającą kobitę za perkusją pochodzi z tzw. vlepek, które kiedyś znalazłam w internecie, jednak wybaczcie, nie udało mi się już odnaleźć konkretnego autora. Obrazek, który widnieje na Zosi fartuszku odtworzyłam z pamięci, gdyż te vlepki oglądałam już dość dawno, namalowałam go przy pomocy farb do tkanin :-)