wtorek, 30 listopada 2010

Wio koniku!

Kiedy zobaczyłam to zdjęcie w grudniowej Burdzie, już wiedziałam, co będziemy robić z Zosią, kiedy dopadnie nas jesienno- zimowa nuda (ale nie myślałam, ze to nastąpi tak szybko).


Źródło: Burda 12/2010

Zosia jest wielką wielbicielką koni i... skakania, tak więc ta zabawka jest jakby zaprojektowana dla niej ;-) Zakupiłam kij do miotły, skarpetki w rozmiarze 45 (Pan, który chciał kupić na rynku podobne, stwierdził, że to chyba skarpetki na kajaki ;), wygrzebałam szmatki i do dzieła! Zosia trochę pomagała, trochę przeszkadzała w osiągnięciu ostatecznego efektu, ale myślę, że była to zarówno dla mnie, jak i dla niej świetna zabawa. I tak oto powstał nasz pierwszy projekt wg instrukcji Burdy... ;-)


Koszt wykonania takiego konika to ok 10 - 15zł (w zależności od użytych materiałów i tego, czym dysponujemy w domu - ja np. zamiast włóczki do zrobienia grzywy użyłam sztucznego futerka, bo akurat miałam w domu), a radość tworzenia.. wiadomo ;)
I na koniec jeszcze mój gałgankowy plakat propagandowy:

Moja Babcia wie, co mówi :-)

niedziela, 28 listopada 2010

Dziś NIE o szyciu będzie :)

Zainspirowana pewną inicjatywą czytelniczą, która, mam nadzieję, pozwoli mi jakoś bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym przetrwać jesień i zimę, chciałabym się dziś z Wami podzielić pewną książką. Nie wiem, czy to już obsesja z mojej strony, ale uwielbiam przeglądać (i czytać) książki dla dzieci. Jest to dla mnie czysta magia, jeśli takie sformułowanie ma w ogóle sens:). Ostatnio wpadła mi w ręce publikacja, którą chciałabym Wam (i Waszym pociechom) polecić. Jako że dla mnie istotną sprawą są ilustracje (obok oczywiście samej opowieści), ta książka przykuła moją uwagę od razu. I wybaczcie, jeśli temat ten jest oklepany. Ja o tej książce nic wcześniej nie słyszałam, a wpisując jej tytuł w wyszukiwarkę okazało się, że to klasyk jest:).
Książka zatytułowana jest "Bardzo głodna gąsienica"(tytuł oryginału: "The Very Hungry Caterpillar") , a jej autorem (zarówno treści jak i ilustracji) jest Eric Carle. I co ciekawe, po raz pierwszy wydana została w 1969 roku, więc musi mieć w sobie to COŚ, skoro wciąż nie straciła na aktualności. Obie z Zosią bardzo lubimy tę książkę. Ja za malarskie, a jednocześnie tworzone jakby ręką dziecka ilustracje i prostą, pełną humoru opowieść o tym, jak gąsienica staje się motylem,a Zosia chyba także za dziurki w stronach, przez które rzekomo przechodziła gąsienica i w które to Zosia lubi wtykać paluszki, choć wcale się tam nie mieszczą (dziurki w stronach są pomysłem współczesnym). I myślę, że po lekturze tej książki nasze dziecko może sobie mniej więcej uzmysłowić, skąd się biorą motyle (piszę "mniej więcej", bo ciężko jest tak naprawdę ogarnąć świat myślowy dwulatka ;). Ja w każdym razie nie mam wątpliwości, że ogórek kiszony i kawałek arbuza są jednymi z głównych sprawców motylej urody (swoją drogą, zastanawiam się, jak w wersji oryginalnej, czyli po angielsku, został w książce opisany ogórek - czy także jako kiszony?? Wie ktoś może?Bo coś mi się zdaje, że polski tłumacz dał tu upust swoim kulinarnym upodobaniom ;). Ale może się mylę). Mam nadzieję, że w nasze ręce będzie trafiało więcej takich książek, a jak znajdę coś godnego polecenia to nie omieszkam się tym z Wami podzielić :). Póki co zostawiam Was z gąsienicą:
Eric Carle "Bardzo głodna gąsienica", wyd. Tatarak, 2009

A w temacie książek obowiązkowych, to ostatnio wędrowałam po pewnej bibliotece w poszukiwaniu zadanej lektury. Lektury nie było, za to natrafiłam na regał z książkami, których chyba już nikt nie wypożyczał. Na górze regału stała zielona kartka z napisem: 50 gr :). Książki spojrzały na mnie wręcz błagalnie. Jak mogłabym nie kupić?? ;) Nie miałam zbyt wiele czasu, żeby przejrzeć je wszystkie, w moje ręce wpadły takie oto:


Mówcie, co chcecie, ale dla mnie mają w sobie taki "retro wdzięk" i za to je lubię;). W szczególności "Przygody Gapcia",w których ilustracje wyglądają jak dla mnie uroczo z każdym szczegółem narysowanym i namalowanym ręcznie. Ciekawie się na to patrzy, porównując tę książkę ze współczesnymi książkami dla dzieci, do których ilustracje w przytłaczającej ilości są tworzone tylko przy pomocy komputera.
A na koniec, jako że moja maszyna ostatnio zaniemogła i przerzuciłam się na kredki, zostawiam Was z moimi myślami listopadowymi:

Trzymajcie się ciepło :-)