środa, 22 grudnia 2010

Post z gwiazdką

Wszystkim tu zaglądającym- zarówno  tym, którzy w święta czują się jak ryba w wodzie ,jak i tym, którzy czują się wtedy bardziej jak karp w wannie - życzę, aby te święta były dla Was czasem długo wyczekiwanych spotkań,  kojących rozmów, odpoczynku od codziennej gonitwy, a także... czasem małych powrotów do świata dzieciństwa ... Niechaj Wam z nieba spadnie choćby mała gwiazdka :)
Serdecznie Was pozdrawiam,
Hania :)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Nieoczekiwany powrót do krainy dzieciństwa...

Jakiś czas temu stałam się posiadaczką pewnej książki... Książki niezwykłej, której czytanie działa jak podróż wehikułem czasu :) Przewracając kolejne kartki niepostrzeżenie znalazłam się w świecie, w którym prawie zawsze świeciło słońce, lizaki miały intensywny smak koloru czerwonego i potrafiłam zwykły karton zamienić w pojazd nie z tej ziemi... :) Przeglądając książkę cieszyłam się jak dziecko i wzruszałam jak... na dorosłego osobnika przystało :) Wierzcie mi, nie sposób przejść obok niej obojętnie. Kiedy otwierałam zmarzniętą paczkę,zostawioną przez listonosza, wiedziałam już, że wszystkie zaczęte prace pójdą w kąt i że zupa może dziś wyjść przesolona;) No bo jak nie myśleć o Kocie Filemonie, który wielkimi oczami spogląda na nas ze stronnic tej książki i nie doczytać do końca, czy mały kotek, który zgubił mamę znajdzie ją wreszcie w wielkim domu?? Możecie się śmiać, ale tak to właśnie działa :) Książka ta to "Poczytaj mi, mamo", czyli reedycja bajek wydanych kiedyś przez wydawnictwo " Nasza Księgarnia", zebranych teraz w jednej księdze ( z tego co wiem, na razie została wydana tylko księga pierwsza, zawierająca 10 bajek). Książka jest pięknie wydana, wciąż zachwycam się ilustracjami , a jej czytanie działa na mnie odstresowująco :) Myślę, że jest to dobry pomysł na prezent, nie wiem tylko dla kogo lepszy- dla rodzica czy dla dziecka?A książkę wygrałam na stronie http://www.polskailustracjadladzieci.pl/, zamieszczając komentarz pod postem urodzinowym. Miałam szczęście, bo zostałam wylosowana i jeszcze raz gorąco za ten prezent DZIĘKUJĘ :)
"Agnieszka opowiada bajkę" to moja ulubiona bajka z tego wydania, chyba dlatego, że dokładnie pamiętam ją z dzieciństwa...
Tego kotka chyba nikomu nie trzeba przedstawiać...
Jeż Kolczatek to moje ulubione ilustracje z tej serii :)
 
 Te symbole pamięta chyba każdy, komu w dzieciństwie były czytane bajki z serii "Poczytaj mi, mamo" :)
/ilustracje pochodzą z książki: "Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza", wyd.Nasza Księgarnia, Warszawa 2010/

Chyba ostatnio w ogóle świeci nade mną jakaś dobra gwiazda, bo jakiś czas temu miałam szczęście wygrać też kociakową miskę na blogu u Just. Micha doszła cała i zdrowa i prężą się już w niej świąteczne ciasteczka, na które przepis dostałam również od Justyny. Są przepyszne - wyglądają niepozornie, ale w środku kryją się migdały, płatki owsiane, żurawina, orzechy i biała czekolada. Jakby ktoś był zainteresowany przepisem, to odsyłam do Just, myślę, że się podzieli :)
Wracam do świątecznych przygotowań i mam nadzieję, że znajdzie się trochę czasu na wyciszenie.. Czego i Wam życzę :)

wtorek, 7 grudnia 2010

Co ma piernik do Ameryki i ... mój debiut ubraniowy :-)

Nie jestem zwolenniczką zbyt wczesnych przygotowań do Świąt, a to co się dzieje w sklepach i na ulicach przed Świętami wciąż niezmiennie wprawia mnie w osłupienie, a czasem nawet w zniesmaczenie, choć tak naprawdę powinnam się już do tego przyzwyczaić, gdyż jazgotliwe "święta" na styl amerykański zadomowiły się w Polsce na dobre już kilka lat temu..
Inaczej rzecz ma się z PIERNIKAMI. Aby do Świąt nabrały odpowiedniej miękkości i zapachu, należy się za nie zabrać o wiele wcześniej. W moim domu rodzinnym co roku na Święta musiał być piernik, najpierw w postaci ciasta, a później, jak podrosłyśmy z siostrą i tego typu działalność sprawiała nam radość - w postaci zrobionych i udekorowanych przez nas ciasteczek. W zeszłym roku wciągnęłyśmy w to także Zosię, choć miała zaledwie 18 m-cy. W tym roku również nie usiedziałam spokojnie i za pieczenie pierników zabrałam się już w zeszłym tygodniu. Aktualnie są twarde jak kamień, ale zamknięte w szklanym słoju zdążą do Świąt zmięknąć i nabrać odpowiedniego korzennego aromatu :-).
Oczywiście nie było by pieczenia bez Zosi. Zosia zjawia się w kuchni z prędkością błyskawicy, gdy tylko słyszy, jak np wyjmuję z szafki miskę i pyta "A mąka??" (jeśli czytają to jakieś zagorzałe feministki to uspokajam, że nie mam zamiaru wychować córki na kurę domową, tylko na człowieka szanującego porządne jedzenie i wzgardzającego fast - foodami ;-)).
W tym celu zakupiłam mojej kucharce mały zestaw narzędzi kuchennych, co by nie dochodziło już więcej do konfliktów na linii matka- córka, a także inne akcesoria widoczne na zdjęciu i zabrałyśmy się do pracy. I wierzcie mi, to co Zosia uczyniła z kuchnią przeszło moje najśmielsze oczekiwania (maleńkie kawałki ciasta były poprzyklejane wszędzie), ale mimo wszystko myślę, że warto było :-) Oto efekty naszej pracy:

I jeśli czytają to Zosi babcie to pragnę zwrócić uwagę na fakt, że pierniki Zosia dekorowała sama (wylewając mnóstwo lukru na blachę), bo ja w tym czasie zajmowałam się domkiem piernikowym. Krzywy wyszedł strasznie i ma za sobą jedną katastrofę budowlaną (zawalił się, zanim tynk, czyli gęsty lukier wysechł, ale udało się go zrekonstruować), ale co najważniejsze stoi już tydzień i jak Zosia go nie zje to wytrzyma do świąt :)
No i teraz mój debiut.. Przyznaję, szumnie to nazwałam, bo chodzi o zaledwie porcięta- kalesonki, które uszyłam dla Zosi, ale chodzę dumna jak paw ;)Bo po pierwsze, wykrój zrobiłam sama wzorując się na innych spodenkach Zosi, a po drugie leżą jak ulał i pierwszy raz udało mi się tak rzecz wykończyć, że po prostu wygląda to dobrze także na lewej stronie ;)

Nie usiedziałabym też spokojnie, gdybym nie skorzystała z filmiku, który zamieściła na swej stronie Zu. Zawsze mi się te kapcie-kierpce bardzo podobały i postanowiłam spróbować swoich sił. Muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem przede wszystkim samego projektu, gdyż jak dla mnie świetnie się układają na stopie, są proste w obsłudze (czyli w uszyciu) i naprawdę ciepłe, mimo tego że nie mają grubej podeszwy :) To moja wariacja na ten temat (trochę przesłodzone wyszły, ale ze wszystkich materiałów jakie mam w domu, ten mi się wydał najbardziej "kapciowy" ;-):

A na koniec, już prawie tradycyjnie ostatnio, moje gryzmołki. Mam nadzieję, że nie zanudzam Was tymi rysunkami ;). Rysując tego typu rzeczy czuję się, jakbym się cofnęła do czasów liceum, wtedy kręciły mnie takie komiksowo-plakatowe rzeczy (chyba również szumnie nazwałam ;). Tak się złożyło, że ołówek i kredki omijam już od kilku lat, a kiedyś to szalałam za tym...oj bardzo, no i teraz zaczynam jakby na nowo ;)

Coś mi się zdaje, że się zapowiada twórczy grudzień :-)
Pozdrawiam Was! :-)))