piątek, 28 stycznia 2011

Książka jest dobra na... zimę :)

Gdy za oknem szara breja miesza się z błękitnym podmuchem melancholii, lubię zgubić się w książce... Zapatrzeć się w nią, zamyślić, przenieść się w inny świat... O żadnej innej porze roku  książki mnie tak nie cieszą - wiosną i latem skupiam się na magazynowaniu światła i obrazów, jesienią i zimą zapadam w pewien stan hibernacji, który sprzyja czytaniu....
W stan ten trwający akuratnie idealnie wpasowuje się książka,  której jakiś czas temu stałam się posiadaczką... Mówi się, że nie powinno się oceniać książki po okładce, ale w tym przypadku była to miłość od pierwszego wejrzenia... Spojrzałam na nią i zapragnęłam zajrzeć do środka. I przyznaję się bez bicia, książkę kupiłam z myślą o sobie, choć mam w domu małego człowieka, który akurat też nie pogardzi różnego rodzaju czytadłami:). I okładka nie zawiodła mnie. Wręcz przeciwnie- jest ona  zapowiedzią poetyckich obrazów, które znajdują się w środku. Otworzyłam i dałam się wciągnąć w świat małej dziewczynki, która rysuje na szybie obrazy czekając na mamę. Mama  pojawia się najpierw jako niewyraźna postać po drugiej stronie szyby, zbliża się powoli  i.... świat staje się jej ciepłem :).
Lubię takie krótkie opowieści, które kryją w sobie mnóstwo znaczeń i które poprzez siłę obrazu i prostotę tekstu trafiają do człowieka bez względu na wiek (moja córeczka książkę przeglądała również z zainteresowaniem i kazała ją sobie nawet przeczytać dwa razy pod rząd, choć do tej pory podejrzewałam ją głównie o zainteresowanie opowieściami o różnorakich przygodach małpek, kotów, słoni itp).
I choć dziś to ja jestem tą postacią po drugiej stronie szyby (wypatrywaną przez dziecię;) miło jest przypomnieć sobie ten stan, kiedy zima była taka magiczna, świat przepastny, a w objęciach mamy było najbezpieczniej na świecie... ;)
A książka ta to "Zimowe popołudnie" meksykańskiego autora Jorge LuJan, zilustrowana przez Mandanę Sadat. Myślę, że obok tych ilustracji nie można przejść obojętnie.. Książeczkę można zamówić m.in. u "źródła", czyli w Wydawnictwie Czerwony Konik - polecam, bo teraz opłaca się jeszcze bardziej ;), a i kontakt mailowy miły :).

A jeśli chodzi o moje wytwory różnego rodzaju to na razie mały zastój, choć tęsknym okiem spoglądam na maszynę do szycia... Być może od patrzenia przejdę w końcu do czynów, kto wie... I tak poza tym zima zimą, ale myśl o wiośnie gdzieś tam się już po głowie kołata, czego efektem jest jakże skromny, poniższy rysunek ;)
:)

wtorek, 4 stycznia 2011

Nie lubię postanowień noworocznych, ale...

..w tym roku jest inaczej. Magiczny moment przemianowania  jednego roku na kolejny i u mnie zbiegł się z pewnymi zmianami poczynionymi przede wszystkim... w głowie ;). Przez ostatni rok wiele się działo. Po pierwsze - nasze dziecko zaczęło mówić, a kto ma dzieci ten wie, że oznacza to ni mniej ni więcej , tylko postępującą werbalizację buntu, a co za tym idzie ciągłe uświadamianie rodzicom, jak śmieszni są czasem w swoich metodach wychowawczych ;). Po drugie - uświadomiłam sobie na nowo sprawczą moc moich rąk -  to w kwestii mojej twórczości okołodomowej, którą mam przyjemność parać się (na nowo) od tego roku (szycie i cała reszta :). I chciałabym, żeby tak było zawsze, że hobby daje tak potrzebną odskocznię od szarej czasem rzeczywistości, i że... znajduje się na to hobby czas.  Ale jak to ponoć mawiał Einstein - jak nie masz czasu, to znajdź sobie jeszcze jedno zajęcie. Oczywiście to się sprawdza...do pewnego momentu ;). Ale wszystko to chyba kwestia odpowiedniego planowania i samoorganizacji... ;)
  I wracając do tych postanowień - w tym roku powstało ich kilka i mam zamiar rozliczyć się z nich za rok, a do upublicznienia nadawało się oto takie...
Jakby nie patrzeć, to są to nawet dwa postanowienia, a może bardziej życzenia? (do siebie samej :)
I życzę Wam i sobie, aby ten Nowy Rok obszedł się z nami łaskawie.
I niechby sypnął jakimś darem losu :)