środa, 28 marca 2012

Kuchenne iluminacje, czyli mała psychoterapia łyżką, mąką i zamieszaniem..

Odkąd przeprowadziliśmy się stale mam wrażenie, że gdy tylko otwieram rano oczy, dzień zaczyna pożerać   w zastraszającym tempie swój własny ogon, głowa moja kręci się dookoła własnej osi, słońce wstaje i  zachodzi ledwie przywitawszy się ze mną... Jak dojść do ładu, jak dojść do składu, pytam sama siebie w zadyszce, lecz w głowie tylko wielka czarna dziura...Na szczęście jest ratunek! Instynkt bowiem wie, co ma robić i prowadzi mnie niczym dziecko za rękę nigdzie indziej, jak tylko do... kuchni :-)
No bo gdzież się tak kobieta uspokoi, jak nie przy garach? Ręce zajęte, to i głowa nie  żywi się niepotrzebną produkcją czarnych scenariuszy tudzież szczegółowym przetrawianiem dnia minionego.... Ach, krojenie, mieszanie, podsypywanie mąką, podglądanie cichego życia piekarnika... I to nic, to nic, że coś, co na początku jawiło mi się kulinarną ceremonią, uporządkowanym dążeniem do zachwyconych spojrzeń rodziny wkrótce zmienia się w bombę wrzuconą do kuchni (po części zmajstrowaną przez Małe Sprytne Rączki). To nic, nie poddaję się, brnę w to dalej! A że później nie można znaleźć ani jednej łyżeczki, a zlew w kuchni... no właśnie, chyba został zdetonowany, któż by się tym przejmował? Grunt, że to co było przedmiotem zamętu, pozwala na chwilę zapomnieć o wszelkich czarnych chmurach,  cieszy małe i duże rączki i.. podniebienia :)
Tym razem przyczyną zamieszania były domowe pralinki, które zrobiłyśmy z tego cudownego przepisu, a zapis dzisiejszy jest jeszcze wspomnieniem naszego zmagania się z.. zimą :) Nie mniej jednak wciąż polecamy te małe kulinarne precjoza jako prezent dla kogoś bliskiego, a także jako czynność rękodzielniczą samą w sobie i później oczywiście obiekt rodzinnych sporów o to, komu się trafi ostatnia:)
    A tymczasem, Moi Drodzy Czytelnicy (jeśli jesteście tu jeszcze..), już chyba nawet nie muszę ogłaszać zawieszenia bloga, blog sam się zawiesił...Nie chciałabym się jeszcze żegnać tak oficjalnie, ale niestety, czas nadal bezczelnie pożera swój ogon, i to na naszych oczach, my staramy się jednak chwytać wiosnę i podziwiać niebo na nowo otwarte dla swobodnych ptasich lotów, magazynujemy słońce, a ja po cichutku także.. wzorzyste tkaniny.. z nadzieją, że nawiąże się między nimi nić porozumienia...
A jutro... zdmuchuję kolejną świeczkę na swoim torcie, co prawda raczej wyimaginowanym, ale grunt że tort i że świeczka. Zosia pyta mnie dziś "Czy szczęście mieszka pod pachą?", zaśmiewam się, o mało nie spadłszy z taboretu i mówię do męża: nie kupuj mi nic na urodziny...:-)